uchwyt do tv

Moja mama zawsze była, delikatnie mówiąc, dość roztargniona. Mieszała imiona, przynajmniej raz dziennie gubiła okulary, często myliła dni (kiedyś o 6:30 wyszła do pracy, choć na emeryturę przeszła siedem lat wcześniej, a poza tym była akurat niedziela). Nie oznacza to jednak, że była niespełna rozumu. Z jednej strony bujała w obłokach i żyła we własnym świecie, ale kiedy trzeba było dokonać niemożliwego, to właśnie do niej należało się zwrócić.

uchwyt do tvPotrafiła znaleźć rozwiązanie każdego problemu. Kiedy cały świat obracał się przeciwko nam – jej dzieciom czy wnukom – ona wskazywała nam drogę. Można był na niej polegać. Kiedy moja żona leżała w szpitalu, a ja musiałem wyjechać na dwa dni na konferencję do Gruzji, to do niej zadzwoniłem z prośbą, by zajęła się naszymi dziećmi. Zgodziła się z radością. Nawet nie pozwoliła mi się przywieźć – pół godziny po naszej rozmowie telefonicznej stała już na progu naszego domu.
Chociaż wiedziałem, że dzieci były pod dobrą opieką, po powrocie do domu znajdowałem różne rzeczy w dziwnych miejscach, na przykład uchwyty do TV w pokojach dzieci posłużyły jako wieszaki na warkocze śmierdzącego czosnku, a torby fotograficzne mojej żony zostały wypełnione grochem. Szybko zrozumiałem, dlaczego: w kuchni zupełnie nie było już na nic miejsca. Moja mama, przerażona pustkami, jakie tu zastała (w jej rozumieniu brak zasobów wystarczających do wyżywienia jednego batalionu to pustka) zaopatrzyła nas, jakbyśmy mieli przetrwać w naszym mieszkaniu kilka lat bez opuszczania go.
Weki, przetwory, suszone warzywa i owoce… Wszystko z jej własnego ogródka. Dzieci znalazłem zabarykadowane w naszej sypialni. Chowały się przed babcią, która je podobno przekarmiała. Byłem pod wrażeniem – mój syn to niewiarygodny głodomór, zaspokojenie jego potrzeb żywieniowych to nie lada wyzwanie, a sprawienie, że nie może patrzeć na jedzenie, to wyczyn godny odznaczenia. Odwiozłem mamę, a po powrocie wrzuciłem coś na ząb i zacząłem zastanawiać się, co zrobić z tymi zapasami. Zadzwoniłem do żony, by opowiedzieć jej o zaistniałej sytuacji i zapytać o radę.

Podczas gdy oboje zastanawialiśmy się nad rozwiązaniem, w kuchni dołączył do mnie syn. Zgłodniał, biedaczysko. Okazało się, że bez babcinego przymuszania, wszystko zostanie przez niego systematycznie wchłonięte. Problem rozwiąże się sam, chociaż chyba niedługo będę musiał znów poprosić mamę o opiekę nad dziećmi.